Przebudziłam się dziś i łzy polały się na poduszkę. Na samą myśl o tym co wydarzyło się w śnie moje gardło zaciskało się a oczy zalewały się strumieniami łez. We śnie nie potrafiłam płakać. Popadłam w obłęd, straciłam sens życia, jedynym miejscem, gdzie się dobrze czułam, był...cmentarz, tam gdzie było on. Byłam w ogromnym mieście, pewnie była to Warszawa, bo jakie inne miasto mogło się pojawić w śnie o nim. Razem z nim i paroma osobami chodziliśmy po mieście, chyba nawet o coś rywalizowaliśmy, jednak to jest nie ważne, bo on zniknął, przez chwilę w tym momencie nawet nim byłam. Jednak potem z powrotem wróciła do własnej osoby. Zaginął, a ja wiedziałam, że nie żyje. Sceneria się zmienia. Siedzę w pubie, rozmawiamy o jego śmierci i o niedawno odbytym pogrzebie, na którym mnie nie było. Powiedziałam koleżance, że muszę iść na jego grób, wszyscy wtedy traktowaliśmy to bez żadnych emocji, a ja skrywałam swoje. Znowu sen się zmienia, jestem w domu, rzucam się ciągle na ziemię, nie mogę normalnie funkcjonować, tak strasznie mnie to boli, chcę płakać, ale nie potrafię uronić ani jednej łzy. Chwila opanowania, przyjechali goście. Pani W mówi o tym, jak wylała symbolicznie butelkę wina na mogiłę (cholernie udany sen, ta butelka wina ma duże znaczenie). Razem z moimi rodzicami opowiadają o milionach kwiatów o ludziach i znajomych, którzy tam byli, jednak nie powiedzieli mi czyj to był pogrzeb, ja wiedziałam. Poinformowali mnie dopiero o tym podczas obiadu, na początku udawałam, niewzruszona coś na to odpowiedziałam, jednak później z hukiem rzuciłam sztućce na stół i wyszłam, znowu tak bardzo chciało mi się płakać, wręcz się dusiłam, ale nie potrafiłam wydobyć go z siebie. Spotkałam się w między czasie z paroma kolegami, jego dobrymi znajomymi, którzy na kartkach spisali piosenki, które miały dla niego ogromną wartość, były potrzebne by móc ustalić położenie jego grobu, nikt nie widział, gdzie on jest, mimo iż wcześniej byli na pogrzebie. Przejrzałam kartkę, jednak wiedziałam, że nie będzie mi ona potrzebna, bo bez problemu trafię na cmentarz. Uciekłam z domu, zabrała Ipoda, kupiłam białe i czerwone tulipany i puszkę Coca-Coli. W mgnieniu oka dotarłam na cmentarz i odnalazłam świeżą mogiłę, przykrytą tysiącem kwiatów, pachnącą rozlanym winem. Położyłam jednego czerwonego tulipana z lewej strony i białego z prawej, nie wiem co stało się z resztą tulipanów. Położyłam puszkę obok kwiatów i zaczęłam mu śpiewać piosenkę, tą która ma dla mnie tak ogromne znaczenie, która sprowokowała mnie wtedy by napisać do niego i zakończyć nasz związek. Jednak to on jej wtedy namiętnie słuchał. "Desecration Smile" rozbrzmiało z mojego Ipoda a ja śpiewałam. Później z nim rozmawiałam, a raczej do niego mówiłam, nagle ni stąd ni zowąd dowiedziałam się, że popełnił samobójstwo. W głowie pojawiła się szybka odpowiedź: nieszczęśliwa miłość. Udało mi się przez moment zaszlochać, jednak to mnie nie zadowoliło, nadal nie potrafiłam wydusić ze mnie tych uczuć i zapłakać rzewnymi łzami. Pojawiła się jego Luba, powiedziałam jej, że go kocham, objęłam, a ona gdzieś zniknęła. Zastanawiałam się później czy ją naprawdę kochał, czy był z nią szczęśliwy. Czułam, że muszę zostać na tym cmentarzu, jedynie tam było mi dobrze, przy nim, czułam jego obecność. Przez chwilę ukazała mi się jego biała zasmucona sylwetka, jednak uśmiechnął się do mnie i już go więcej nie zobaczyłam. Pamiętam, że w między czasie byłam bardzo poirytowana faktem, że miał tradycyjny katolicki pogrzeb, którego na pewno by nie chciał z racji, że był ateistą.
W końcu się przebudziłam, sen był tak realistyczny, że nadal czułam zduszony płacz w sobie, gardło miałam zaciśnięte, wręcz odczuwałam przez to nieznośny ból. Nie rozumiałam, dlaczego nie ma mnie przy nim, przy jego grobie. Zaczęłam płakać. W końcu uświadomiłam sobie, że było to sen. Sen o śmierci byłego chłopaka, którego kochałam, przez którego cierpiałam przez ostatnie miesiące. Płakałam, czułam jak łzy spływają po moich policzkach. Pozbyłam się przecież tych uczuć, skończyłam z tym, wyzbyłam się wszelkich emocji. Wczoraj jeszcze bardziej zadurzyłam się w kimś innym. Czy ta śmierć miała oznaczać definitywny koniec? Jednak moja postawa wcale na to nie wskazywała. Wygląda na to, że nie potrafię się pogodzić z tym, że nie mamy szans na wspólne życie i nie potrafię do końca z tym wszystkim skończyć, za bardzo jestem przywiązana, dlatego czułam się dobrze jedynie koło niego na cmentarzu. Nie wiem, sen był niesamowity, tyle symbolicznych elementów się tam pojawiło. Puszka Coca-coli, kochał ją pić. Wino, Red Hot Chili Peppers, a w szczególności "Desecration Smile", i to miasto na samym początku.
A ja już rozpoczęłam nowy rozdział bez niego, a on mnie odwiedził w śnie.
Nastrój:
tagi: